9/22/2011

16-09-2011 HMV Forum, London - relacja.

HMV Forum zaciekawiło mnie od samego początku, tak mi się ten klub spodobał, że nie mogłam się doczekać, aż w końcu zobaczę go na żywo. Nie pomyliłam się, utrzymany w klimacie teatru, wyglądało wszystko bosko.

Jako pierwszy na scenę wyszedł support Dangerous! Fajna kapela z Australii. Wokalista był bardzo energiczny i miał świetny kontakt z publiką. Sporo ludzi ich znało, więc śpiewali razem z zespołem. Naprawdę można się było na nich nieźle pobawić. Parę razy Tommy (wokal) schodził ze sceny i znikał niewiadomo gdzie, raz śpiewał sobie w publice. Było naprawdę miło, nikt się nie pchał, nie wnerwiał czysta zabawa i super muzyka. Polecam.










Następni byli The Xcerts, czyli angielski zespół z Aberdeen. Tu zacznie się mniej pozytywna część. Wokalista nie miał w ogóle kontaktu z publiką, przynajmniej wg mnie. Nie porwała mnie ta kapela w ogóle. Niby muzykę mieli okej, ale brakło tej atmosfery, tej zabawy. No brakło wszystkiego po prostu. Były osoby, które się bawiły, owszem, ale no cóż, nie wszyscy. Zespół pewnie dobry do słuchania w domu, na płycie. Z drugiej strony są młodzi, może się wyrobią, wszystko przed nimi.





Trzecim z kolei supportem był zespół na który osobiście sama czekałam, czyli Every Avenue. Urzekli mnie już przed wyjazdem, a jak zobaczyłam ich na żywo to potwierdziłam teorię jeszcze bardziej (obecnie ciągle słucham ich muzyki, serio). David (wokal) oprócz dobrego śpiewu i kontaktu z publiką, był też zabawny, zwłaszcza jak co chwila popijał piwo Jack’iem Danielsem. Niestety podczas ich występu doszło do małego wypadku. Tak muzycy wczuwali się w muzykę, że w pewnym momencie Jimmie (gitara) skoczył tak niefortunnie, że złamał bądź skręcił sobie nogę. Nie od razu to wyszło, wszyscy myśleli, że leżąc na ziemi i grając dalej swoje partie, po prostu robi sobie jaja, niestety tak nie było. Do końca koncertu stał już tylko z tyłu na jednej nodze grając i śpiewając swoje partie. Jeżeli musiało stać się coś takiego to już lepiej, że podczas ostatniego koncertu. Na koniec ostatniej piosenki David skoczył w tłum i miałam tę „przyjemność” goszczenia jego ciała na swojej głowie, cóż, ale przeżyłam, a to chyba najważniejsze. Band zdecydowanie godny polecenia i na płytach i na żywo, nic tylko pojechać kiedyś na ich gig.










Kiedy ostatni support zszedł ze sceny oczywiście weszła gwiazda tego wieczoru, czyli Young Guns. Zaczęli Elements i wszystko byłoby okej, gdyby nie to, że w połowie piosenki wysiadło oświetlenie, jakie chłopacy mieli przygotowane na występ. Zagrali jednak do końca tę, oraz Sons of Apathy. W klubie panowała ciemność, jedynie flashe aparatów umożliwiały widzenie czegokolwiek, co działo się na scenie. Po tej piosence cały zespół zszedł na backstage, jedynie Gustav wyszedł i tłumaczył co się stało, chociaż sami do końca nie wiedzieli. Trwało to parę minut, wyszedł po raz drugi i poprosił, aby wszyscy w jednym momencie zrobili mu zdjęcie z lampą błyskową. Tom Barnes wszystko nagrywał ze sceny, efekt jest niesamowity, co można zobaczyć niżej.



Ze światłem niestety nic nie dało się zrobić, więc włączyli tylko jakieś za sceną, żeby była jakakolwiek widoczność i koncert trwał dalej. Następne było D.O.A i nowa piosenka, chociaż grana już tyle razy, że nie taka nowa, Bones. Kontakt z publiką był świetny, zabawa była przednia, chociaż w tłumie zrobiło się już naprawdę bardzo, bardzo ciasno. Osobiście zostałam pokopana przez jedną dziewczynę, która stała w pierwszym rzędzie, bo oczywiście, to moja wina, że cała chmara ludzi za mną pcha się do przodu i ją przygniata do barierki, no ale, że stałam zaraz za nią, no to cóż, oberwałam. Po czymś nowym wrócili do Stitches. Za każdym razem uwielbiam mówić jak kocham w tej piosnce i w Weight Of The World, solówkę Johna na gitarze, naprawdę kocham! Później było Crystal Clear i After The War. Miło wiedzieć i słyszeć, że zespoły nie zapominają o swoich starych kawałkach. Również na tym koncercie nie zabrakło piosenek z ich EP’ki Mirrors. Zagrali bowiem There Will Be Rain i Daughter Of The Sea. Chociaż i tak nadal czekałam na inną, którą dane było mi usłyszeć zaraz po nich, bo poleciały dźwięki Winter Kiss. Słuchając jej czuję się jak w transie, a wersja live jest jeszcze lepsza, naprawdę, to co, w tamtym momencie przeżywałam w środku jest nie do opisania. Bardzo, ale to bardzo podoba mi się ich zabawa na scenie. O skokach Gustava nie muszę nic pisać, ale ciągły smile na twarzy Simona jest taki uroczy. Przedostatnią piosenką była również jedna z nowego albumu, który mam nadzieję ukaże się już niedługo, czyli Brothers In Arms. Ocenienie jej zostawię jednak dopiero, jak usłyszę wersję studyjną, bo koncert jak koncert, wiadomo nie słychać wszystkiego, a w ich twórczości teksty piosenek mają to coś, co warto jest wiedzieć, dlatego poczekam. Ostatnie było Weight Of The World, w czasie którego Gus również wskoczył sobie w publikę (kolejny wokalista, którego miałam na głowie), jednak nie tak szczęśliwie jak David. Wpadł w tłum i znalazł się na podłodze. To były przerażające chwile, bo publika „gdzie jest Gus?” ochrona to samo i zrobił się kocioł, dosłownie. Byłam już tak ściśnięta, że czekałam na odgłos łamanych żeber, ale nagle się rozluźniło i Gustav się wyłonił wracając na barierkę tuż przede mną, gdzie podziękował i pożegnał się z tłumem.













Po koncercie poszłam z koleżanką czekać na chłopaków w międzyczasie robiąc sobie zdjęcia z innymi, którzy się nawinęli. Było bardzo śmiesznie. Jednak spotkanie po koncertowe zatrzymam dla siebie. Dla was dorzucę jeszcze fotki.















Z koncertu chciałam mieć jeszcze pamiątkę, więc dla odwrotności tego, co będzie w Warszawie, wzięłam flagę, którą zabrałam dla siebie, z podpisami chłopaków.




Teraz zostało mi tylko czekać na październik i koncerty w Poznaniu oraz Warszawie. Mam nadzieję, że mały klub będzie mieć jeszcze lepszy wpływ na odbiór i dobrą zabawę. Dla tych którzy jadą – życzę miłej zabawy, pewnie się spotkamy! A chłopakom przyjemnego grania w Australii.
Pozdrawiam,
M.

3 komentarze:

  1. ahhh strasznie wam zazdroszczę i nie mogę się doczekać poznania ! :D

    OdpowiedzUsuń
  2. sylongilon22/9/11 20:00

    Z Twoją opinią o Every Avenue się zgodzę, są naprawdę fajni :). A efekt tych wszystkich fleszy *___* a na żywo musiało być to jeszcze lepsze. "Miło wiedzieć i słyszeć, że zespoły nie zapominają o swoich starych kawałkach." wyczułam pewną aluzję ;D.

    OdpowiedzUsuń