3/30/2012

Podsumowanie

Ostatnio trochę się działo i na stronie pojawiło się sporo nowych rzeczy, aby wszystkiego nie szukać, daję odnośniki w jednej notce :)


Pojawiły też się daty na nową, październikową trasę chłopaków po UK.


Filmik z sesji zdjęciowej do kwietniowego wydania magazynu DIY



Gustav rozwiązujący quiz w najnowszym Kerrangu.


Oraz Young Guns mówiący po polsku, filmik już się pojawił, ale nie zaszkodzi wstawić go jeszcze raz.




Wywiad z Johnem i Fraserem

John i Fraser Taylor. Utalentowani bracia, którzy dostali szansę grania w jednym zespole. W rozmowie ze mną opowiedzieli o swoich początkach, sprzęcie, na którym grają, gitarach marzeń oraz o tym, jak dojrzeli muzycznie na przestrzeni tworzenia dwóch albumów.

Kiedy zaczęliście grać na gitarze?

John: Zacząłem oswajać się z gitarą kiedy miałem... siedem lat. Uczyła mnie niewidoma pani. To ona pokazała mi jak grać, znasz piosenkę “What Do You Do With A Drunken Sailor?"?


Tak.

John: Nauczyła mnie tego na gitarze. To była pierwsza rzecz, jaką potrafiłem zagrać. I właściwie nie spodobał mi się ten rodzaj muzyki. Odstawiłem sprzęt na kilka lat, ale wróciłem do niego ponownie, kiedy miałem mniej więcej dwanaście lat.

Fraser: Rozpocząłem grę na gitarze będąc mniej więcej dziesięciolatkiem, ale przykładać się do tego zacząłem mając dopiero jakieś trzynaście-czternaście lat. Przestałem udawać, że umiem grać i uczyłem się na poważnie.


Kiedy zdecydowaliście, że chcecie grać w zespole? Jest wiele osób, które potrafią grać, ale nigdy nie wybiera kariery muzycznej.

John: Kiedy miałem dwanaście lat, przyjaciel dał mi do przesłuchania kasetę Metalliki. Po jej odsłuchaniu stwierdziłem “To jest niesamowite. Załóżmy razem zespół". Wtedy byłem tylko ja i on, pisząc piosenki na naszych akustykach i grając je sobie wzajemnie do telefonu. Właśnie od tamtego momentu, to było to, co chciałem robić. Wydaje mi się, że wyszło całkiem nieźle.

Fraser: Graliśmy w zespołach, odkąd mieliśmy jakieś piętnaście-szesnaście lat. Na początku w różnych, a potem John dołączył do Young Guns w 2007 r. Nie. W 2003.

John: Nie pamiętam, kiedy to było.

Fraser: Nie wiem. Mieliśmy tylu członków w międzyczasie, że nie pamiętam. [John dołączył do zespołu w 2007 roku - przyp AT]


Widziałam listę osób, które z wami współpracowały. Strasznie długa.

John: Tak, masa ludzi.

Fraser: Byliśmy wtedy zupełnie innym zespołem. Prawdopodobnie w 2008 roku powinniśmy byli zmienić nazwę. [Do kapeli dołączył ostatni członek obecnego składu, basista Simon Mitchell - przyp AT] Wtedy właśnie wyrzuciliśmy wszystkie stare piosenki i zaczęliśmy od początku.


Jak widzicie siebie za dziesięć lat?

John: Za dziesięć lat będę bardzo stary.

Fraser: Prawdopodobnie martwy.

John: Chciałbym powiedzieć, że nadal będziemy to robić, ale kto wie. Kto wie.

Fraser: Dokładnie.

John: Nie mamy planu awaryjnego, jeśli ten nie wypali.


Sądzę, że idzie wam całkiem nieźle.

John: Mam nadzieję. Ale za dziesięć lat... Kto wie? Może McDonald’s.

Fraser: Mam nadzieję, że nie.


Jak wam poszło nagrywanie “Bones"?

John: Naprawdę dobrze. Byliśmy przygotowani zanim weszliśmy do studia. Nie czuliśmy się tak przy nagrywaniu pierwszego albumu. Mieliśmy o wiele więcej czasu, aby pisać. No i cały proces nagrywania był o wiele bardziej spokojny. Nagrywaliśmy w Tajlandii. Miałem dobre przeczucie kiedy wyszliśmy ze studia. Nie było tak za pierwszym razem. Uważałem, że były rzeczy, które moglibyśmy dopracować, aby były jeszcze lepsze. Ale skończył nam się czas i pieniądze, więc naprawdę nic nie mogliśmy z tym zrobić. Tym razem było zupełnie inaczej - było dobrze.

Fraser: Tak, było prawie perfekcyjnie. Nie moglibyśmy marzyć o niczym więcej. Naprawdę.


Ulubiona gitara?

John: Ja gram na Gibson Les Paul Classic Custom. Kocham tę markę od zawsze. Pamiętam, gdy pierwszy razem zobaczyłem, a potem trzymałem jedną w rękach. Szczerze, to trząsłem się jak osika, bo byłem przekonany, że są tak drogie i wartościowe. Nie chciałem jej nosić, ponieważ bałem się, że ją upuszczę. To jest gitara mojego wyboru.

Fraser: Ja głównie gram na Fenderze Telecasterze. Mam wersję Standardową i Deluxe. Gram na nich na przemian.


Wasze gitary rozróżniamy po dźwiękach. (wskazuję na Johna) Twoja jest “cięższa", a twoja “lżejsza".

John: Tak. Właśnie w taki sposób nasza muzyka funkcjonuje. Ja gram większość części rytmicznych

I solówek.

John: Fraser gra większość części prowadzących. Tak, solówki przeważnie też są moje.

Macie gitarę marzeń?

John: Powiedziałbym, że wykonany na zamówienie Les Paul. Gibson robi je w swoim sklepie. Sądzę, że kosztują niesamowite ilości pieniędzy, a czas realizacji takiego zlecenia to mniej więcej rok. Nie wiem czy kiedykolwiek będę miał taką, ale tak - to jest moja gitara marzeń.

Fraser: To samo ze mną. Wykonany na zamówienie Telecaster. Ale prawdopodobnie kosztuje o wiele za dużo. Może kiedyś.


Macie piosenkę, której naprawdę nie lubicie grać?

John: Nie powiedziałbym, że jest piosenka, której NAPRAWDĘ nie lubimy grać. Wiesz, kiedy gra się je już tyle razy niektóre, starsze utwory zaczynają być męczące.


Zawsze na koncertach w Wielkiej Brytanii wykonujecie “There Will Be Rain" i “In The Night", a gdy jesteście w Europie zmieniacie na “Daughter Of The Sea". Dlaczego?


John: Wiesz, “In The Night" jest drugą piosenką, którą napisaliśmy.

Fraser: Hm, tak.

John: I w porównaniu do nowych utworów, czuję, że one są po prostu lepsze.


Bardziej dojrzałe?

John: Tak, bardziej dojrzałe. Nowy materiał odpowiada temu, gdzie jesteśmy teraz pod względem rozwoju muzycznego. Kiedy grasz piosenkę, którą napisałeś nie wiem ile lat temu - jakieś trzy czy cztery, wydają się one już trochę przestarzałe. Wiesz, o co mi chodzi?


Czuć, że są inne. Ale nadal to są dwie niesamowite piosenki. I jakby nie patrzeć, marzeniem wielu fanów jest, aby chociaż jedną z nich usłyszeć na żywo.

John: Może zagramy “In The Night" kiedy wrócimy do Polski.


Szczerze mówiąc byłoby to spełnieniem marzeń dla wielu osób.

John: Spróbujemy o tym pamiętać.


Zatem ostatnie pytanie. Porady dla osoby, która dopiero zaczyna grać na gitarze?

John: Tak. Trzymaj się tego. Jest ciężko na początku. Palce bardzo bolą, z biegiem czasu opuszki ci stwardnieją, ale nie przestawaj grać. Przyzwyczaisz się i będzie to naprawdę fajną zabawą.

Fraser: Graj to, co ty chcesz. Nie to, co ktoś ci każe. Inaczej to będzie nudne i szybko się zniechęcisz.

Dziękuję.

Fraser: Nie ma problemu.

John: Cała przyjemność po mojej stronie.














Tekst: Aleksandra Twardowska
Zdjęcia: Gabriela Wolska

Wywiad z Benem

Ben Jolliffe, perkusista Young Guns znalazł dla mnie chwilę przed koncertem w Amsterdamie by odpowiedzieć na kilka pytań dotyczących jego sprzętu, początków, pracy z zespołem i nagrywania nowego albumu w Tajlandii.

W jednym z wielu pomieszczeń na backstage’u otrzymałam soczyste odpowiedzi  na, czasami, nieoczekiwane pytania.

Opisz proszę, swój zestaw perkusyjny.

Zestaw Yamaha Rock Tour. Sądzę, że zacząłem na nim grać jakieś dwa i pół roku temu, po tym jak skończyliśmy trasę Kerrang! Ludzie z Yamahy, szczęśliwym trafem, zakręcili się koło mnie i zapytali: “Nie potrzebujesz wsparcia? Damy ci darmowy zestaw." Ja na to: “Jasne, czemu nie?". Kocham Yamahę. Od zawsze byłem jej wielkim fanem, a oni wysłali mi ten zestaw. To taki nowy, który dopiero co wchodził na rynek -  wersja na trasę, idealna dla mnie. W ten sposób stałem się jego twarzą. Yamaha jest chyba dla mnie zbyt dobra. Wiesz, jeżeli tylko czegoś potrzebuję, w dowolnym zakątku świata, zaopatrzą mnie w to. To jest świetna sytuacja i kocham te bębny.


Zmieniłeś zestaw od tamtego czasu? Na trasie koncertowej “All Our Kings Are Dead" miałeś różne talerze.

Sądzę, że zestaw pozostał ten sam. Mam Drum Workshop od dziesięciu lat. Staram się jednak zachować go w dobrym stanie i używam tylko w studiu do prób. Jest zestawem, który naprawdę kocham, ale to Yamaha najlepiej się sprawdza podczas trasy. Mam na składzie talerze Zildjian i właściwie co trasę muszę je wymieniać, bo całkowicie je roztrzaskuję. Ciągle je wymieniam, a one ciągle pękają. Dwa różne elementy muszą współgrać i co jakiś czas dodaję zupełnie nowe talerze do zestawu, jeśli tylko mam okazję.


Na pewnym etapie miałeś też talerze K, prawda?

Tak, miałem kilka A, K i Zildjianów. Teraz mam K splash, K hi-hat, A 19’ crash, K 20’ crash, K 22’ ride i rezo-crash. W sumie to mam ich sporo.


Bierzesz je wszystkie ze sobą w trasę? Masz teraz jakieś... sześć talerzy?

Tak, zabieram. Dzisiaj rozłożonych jest siedem talerzy, czasami osiem. Jeżeli scena jest naprawdę duża, lubię mieć ich więcej - zabawa jest wtedy większa. Marzeniem perkusisty jest posiadanie dużego zestawu, więc powoli go zbieram.


Grałeś kiedykolwiek na innych zestawach niż Yamaha i DW? Na przykład na Pearlu czy Sonorze?

Pierwszą perkusją był Pearl. Dostałem ją od taty mając pięć lat. Był to pełnowymiarowy zestaw, więc nie byłem w stanie go używać, dopóki trochę nie podrosłem, miałem wtedy jakieś dziesięć lat. Sprzedałem go parę lat temu, ponieważ potrzebowałem pieniędzy. Wstyd mi. Chciałem go zachować, w końcu był to moje pierwsze bębny. A potem, kiedy miałem szesnaście lat, rodzice dali mi wybór: albo idę na uczelnię, albo dostaję porządny zestaw perkusyjny. No to wybrałem opcję drugą i w ogóle tego nie żałuję. Dostałem Drum Workshop, a potem Yamahę, którą mam do tej pory i służy mi wiernie.


Ćwiczycie w domu rodziców. Nie przeszkadza im hałas?

Budynek, w którym gramy znajduje się na końcu ogrodu. Przekształciliśmy go w pomieszczenie do ćwiczeń. Trzymamy tam również większość rzeczy, w tym cały sprzęt. Moi rodzice są wspaniali - mama pracuje dla nas, prowadzi całą sprzedaż gadżetów.


Zmieniałeś coś na potrzeby nagrywania “Bones"? Dźwięk perkusji jest nieco inny.

“Bones" nagrałem na zestawie Yamaha Stage Custom. Ze względu na to, że nagrywaliśmy album w Tajlandii, planowałem zabrać ze sobą swoją perkusję, ale Yamaha jest firmą o zasięgu ogólnoświatowym i mają tam również swoją siedzibę. Mieli już zestaw w studio, ale wypożyczyli go Jamiroquai, którzy byli tam przed nami. Powiedzieli mi jednak: “Ten zestaw brzmi świetnie, użyj go". A ja na to: “Wspaniale!". Studio w Tajlandii jest o wiele lepsze. Mieliśmy lepsze mikrofony i perkusja brzmiała o wiele lepiej. Bawiliśmy się również z brzmieniem różnych werbli - to było fantastyczne. Nagrywanie było świetną zabawą, zwłaszcza zwrotki “Bones". Przesłuchiwany podkład z centrali czy kotłów brzmiał obłędnie. Nasz producent - Dan - robi dobre dźwięki bębnów. To było wspaniałą zabawą.


Jak udało ci się tak zróżnicować sekcje perkusyjne na prawie wszystkich piosenkach z “Bones"?

To raczej moja podświadomość, a nie celowe porównywanie ze sobą bitów. Wiesz, to jak piszemy nasze utwory, jest naprawdę dziwnym procesem, sposób w jaki to robimy. Na przykład jesteśmy w pokoju, chłopaki złapią jakiś fajny riff, a ja tam siedzę i kombinuję z różnymi pomysłami na perkusji. Zdarza się, że jesteśmy zmuszeni pisać w czasie podróży, bo nie mamy tyle czasu, by tworzyć na miejscu, w studio. Wtedy robię taki garażowy drum i dodaję syntezatory. To beznadziejne, bo, rozumiesz, dźwięk jest koszmarny, ale zwyczajnie bawię się jak największą ilością możliwości. Bardzo często efektem tego są naprawdę fajne bity, ale przez ostatnie pięć-sześć lat nauczyłem się, że piszesz swoją część tak, żeby cała piosenka brzmiała lepiej, a nie tylko twój instrument. Nawet podczas pisania “All Our Kings Are Dead" robiłem różne przejścia i inne rzeczy, które wydawały mi się niesamowite, ale nasz producent [Dan Weller] mówił mniej więcej tak: “To nie pasuje do tej piosenki", a ja mu na to odpowiadałem: “Masz rację. Chciałem przyszpanować". Jako perkusista musisz posiadać dojrzałe spojrzenie na to, co najlepiej pasuje do utworu. Mieć świadomość tego, co tworzysz, co sprawia, że wpada on w ucho.


Album “Bones" jest inny niż EPki i jeden LP, które macie już na koncie. Łatwo zauważyć, że dojrzeliście - jest zupełnie inny niż “All Our Kings Are Dead".

Tworzenie “All Our Kings Are Dead", jako proces, nie było dla mnie przyjemnością. Większość zespołów nagrywa swoje perkusyjne partie oddzielnie. Z powodu niewielkiego studia mieliśmy mikrofony punktowe, wszystkie w jednym pomieszczeniu. Nie mogliśmy wstawić mikrofonów zbierających, bo dźwięk byłby beznadziejny. W zasadzie to musiałem okleić moje talerze, położyć na nie poduszki i nagrać cały album na centrali, kotłach i werblu, a potem zrobić to odwrotnie - zakleić dolne części zestawu i nagrać talerze. Było to lepsze dla mikrofonów i reszty sprzętu, ale nie ma tego polotu i odczucia. Działam w zgodzie z natchnieniem. Muszę się czuć dobrze. A kiedy walisz w hi-hat owinięty w poduszkę, to nie jest to. W związku z tym, przed nagrywaniem nowego albumu powiedziałem naszemu producentowi “Załatw nam duże pomieszczenie, chcę wreszcie nagrać bębny jak należy".


Wielu fanów marzy o tym, by zobaczyć jak grasz  “I Was Born, I Have Lived, I Will Surely Die".

Zamierzamy to zrobić. W trakcie tej trasy chcieliśmy wrzucić po prostu tylko kilka nowych kawałków. Podoba nam się pomysł rozpoczynania koncertów tym utworem. Postanowiliśmy, że zagramy ten kawałek tylko i wyłączenie w momencie, kiedy będziemy mogli go użyć na rozpoczęcie gigu. Zaczęliśmy tę trasę zanim album pojawił się w sklepach, więc planowaliśmy zrobić to dopiero w czasie kolejnej pełnej trasy, kiedy już wszyscy będą znali tę piosenkę. A jak się już na to zdecydujemy, to będzie niezła zabawa.


Kiedy uświadomiłeś sobie, że granie na perkusji to jest to, co chcesz robić w życiu?

Trudno mi powiedzieć, ale kiedy miałem pięć lat, tata kupił mi pierwszy zestaw. Rodzice mi opowiadali, bo sam tego nie pamiętam, że wcześniej po prostu zabierałem garnki, patelnie i waliłem w nie. Moja rodzina jest bardzo muzykalna, zwłaszcza ta od strony ojca - wszyscy są muzykami. W pewien sposób wrodziłem się w to. Od zawsze wybijałem jakiś rytm. Moi rodzice od początku wiedzieli, że będę perkusistą. Właśnie dlatego tata mi kupił ten zestaw... i tak właściwie rozpoczęła się ta historia. Zawsze perkusja. Zawsze była to najważniejsza rzecz, którą chciałem robić i, na szczęście, udało się.


Patrząc jak grasz, można dostrzec radość, szczęście i miłość do tego, co robisz.

Tak, kocham to. Jest wielu perkusistów, którzy tego nie lubią. Traktują to jak zwykłą pracę. Ja jednak, za każdym razem, kiedy uderzam w bębny, mam z tego wielką frajdę.


Jak widzisz siebie za dziesięć lat?

Obym po prostu mógł robić to, co teraz robię. Oczywiście, chciałbym się rozwijać, odnosić kolejne sukcesy. Marzy mi się, aby było nas stać na nasze własne jaskinie. Za jakieś 5-10 lat wciąż chcę grać na perkusji w zespole. Po prostu chcę robić to tak długo, jak będę mógł i jak mama mi pozwoli. (śmiech)


Jest jakiś utwór, który sprawił, że zakochałeś się w perkusji jeszcze bardziej?

Niekoniecznie utwór. Moja rodzina jest bliskimi znajomymi członków AC/DC. Poniekąd dorastałem w ich środowisku, przebywając z nimi. Ich perkusista miał wpływ na mój rozwój jako muzyka. Ma zestaw Sonora i nie raz mi go pokazywał. Zawsze, tak naprawdę przypatrywałem się tylko jemu, kiedy grali np. “Back in Black" z tymi wszystkimi niesamowitymi hitami. Oczywiście, jego gra jest nieskomplikowana, ale uderza z całych sił - nie da się ukryć, że jest utalentowany. Tak, dorastanie z nimi i obserwowanie w jaki sposób grają, było dla mnie wielką inspiracją.


Pomysły na nagranie czegoś z kimś wspólnie? Marzenia?

W zasadzie, chłopaki z Lower Than Atlantis, z którymi właśnie zakończyliśmy trasę, wchodzą teraz do studia. Sądzę, że po powrocie z trasy mógłbym dołączyć do nich i rozstawić swoje bębny obok zestawu Eddiego. Jest on jednym z moich ulubionych brytyjskich perkusistów i do tego świetnym w swoim fachu. Wstępnie planujemy połączyć siły i wspólnie nagrać jakiś kawałek. Takie pomysły bardzo mnie kręciły i nadal kręcą. Współpraca z innym perkusistą to coś, czego chciałem spróbować od kiedy pamiętam. Kiedy byłem młodszy, to często zbierałem większą ekipę, siadaliśmy i wybijaliśmy razem rytm. To zawsze brzmi genialnie - oczywiście, jeśli robisz to jak należy. Trzymam kciuki za to, by udało nam się coś takiego zrobić. Zobaczymy, czy dopniemy swego.


Masz jakiś wymarzony zestaw? - Oprócz Yamahy, oczywiście.

Drum Workshop był moim wymarzonym zestawem perkusyjnym od zawsze. Mają naprawdę świetny wybór przy rozsądnej cenie. Możesz dostać wspaniałe drewniane wykończenia i inne takie - to po prostu zawsze był Drum Workshop. Jednak szczerze mówiąc, jakkolwiek by to nie zostało odebrane, zakochałem się w marce Yamahy. W tym, jaki jest ich zespół, jak opiekują się tobą... Wszystko, jeśli chodzi o nich, jest po prostu wspaniałe. Każdy komplet na jakim grasz, jest tej samej jakości dźwięku i wykonania. Nawet jeśli brać pod uwagę mój zestaw za 6 tys. od Drum Workshop. Zdarza się, że rozstawiasz się w klubie czy hali i dźwięk jest niesamowity. Ale czasami ze względu na kiepskie mikrofony, które noszą echo i piszczą, tak naprawdę nie da się stworzyć dobrego dźwięku podczas koncertu. A Yamaha zawsze brzmi świetnie na żywo.


Piosenka, którą uwielbiasz grać?

Jedna, konkretna piosenka? Lubię grać “Bones". Jest dla mnie zabawą. Wersy są takie spokojne, wyluzowane. Mogę się wtedy odprężyć, a potem refren jest niesamowity, mogę poszaleć. Tak, “Bones" będzie tą piosenką. Ale tak szczerze, to granie każdego utworu z nowej płyty sprawia mi wielką przyjemność.


Jakieś porady, dla kogoś kto dopiero zaczyna grać na perkusji?

Jak najbardziej. Chodziłem przez jakiś czas na uczelnię muzyczną z kierunkiem dla perkusistów, zaliczyłem też akademie muzyczne. Szczerze mówiąc to robiłem prawie wszystko. I dzięki temu znalazłem najlepszy sposób. Sposób, w jaki uczą w szkołach, to nakierowywanie studenta na bycie perkusistą sesyjnym. Po prawdzie zmuszają cię do grania z..


Metronomem?

Tak, też. Sądzę, że metronom jest ważny, ale oni głównie uczą cię grać z nut, a tak się po prostu nie da. Podstawy, których cię uczą nie są istotne w graniu z zespołem. Normalnie grasz słuchając innych zespołów, aby nauczyć się podstaw. Najlepszą rzeczą, jaką możesz zrobić, to dołączyć do jakiejś kapeli i po prostu grać na koncertach. Dzięki mojemu tacie, znalazłem najlepszy sposób - od kiedy byłem mały zawsze grałem na żywo. Nawet wtedy, kiedy uczęszczałem do akademii i organizowaliśmy sesje - grałem z całej siły, a nauczyciele mówili mi “Nie, nie. Uderzaj w bębny ciszej". Na co ja reagowałem “Ale o czym ty w ogóle mówisz? Mam do zagrania piosenkę Foo Fighters. Uderzam w nie jak Taylor Hawkins, a on nawala z całej siły". Jeśli chcesz być prawdziwym perkusistą, grać w zespole, musisz po prostu wyjść z domu i dołączyć do jakiegoś zespołu. I nawet jeśli grasz tylko w swoim pokoju ćwiczeń, musisz grać naprawdę, a nie udawać. Dlatego teraz jest masa perkusistów, którzy w ogóle nie są niczym inspirowani, nie mają w sobie ognia, ponieważ nauczono ich tylko jak grać z nut.


Chodzi o uczucie?

Tak, w największym stopniu chodzi o uczucie i jedynym sposobem, aby się z tym oswoić jest granie w zespołach. Granie dla i z ludźmi, oraz wszystko, co jest z tym związane. Musisz kochać perkusję i granie na niej. Musisz chcieć grać dla samego grania, a nie dlatego, że przeczytałeś kilka linijek nut, czy nauczyciel powiedział ci co robić. Kiedy byłem młodszy, miałem swoje ukochane zespoły, takie jak Thrice i Blink 182 - włączałem ich muzykę, zakładałem słuchawki i po prostu grałem do ich piosenek. A później, kiedy tylko mogłem, dołączyłem do zespołu i jakoś poszło od tamtego momentu.


Dziękuję.

Cała przyjemność po mojej stronie.














Tekst: Aleksandra Twardowska
Zdjęcia: Gabriela Wolska

10-03-2012 Melkweg, Amsterdam (support dla Enter Shikari)

Wstawiam wam również zaległą relację, połączoną z fotorelacją z występu Young Guns przed Enter Shikari, który miał miejsce 10 marca 2012 roku. Setlista Young Guns:


1. Elements
2. Towers (On My Way)
3. D.O.A.
4. Bones
5. Stitches
6. Brother in Arms
7. Dearly Departed
8. Weight of the World 




Tekst i zdjęcia: Aleksandra Twardowska


10 Marca, Melkweg w Amsterdamie gościł trzy brytyjskie zespoły rockowe - z czego dwa grały już w tym miejscu tyle razy, że właściwie mogą go nazwać swoim drugim domem.

Enter Shikari, wraz ze wsparciem ze strony The James Cleaver Quintet i Young Guns, udało się wyprzedać wszystkie bilety, jeszcze na kilka tygodni przed koncertem. To, czy wyśrubowane wcześniej oczekiwania zostaną spełnione miało się dopiero okazać.

The James Cleaver Quintet byli pierwszym zespołem, który wszedł na scenę. Muzycy grający szybkie i energiczne dźwięki, które przez większość zaliczane są do post-hardcore’a, rozpoczęli swój występ bardzo obiecująco. Przez około dziesięć minut stopniowo podnosili poprzeczkę dla kolejnych dwóch wykonawców. Niestety, mniej więcej w połowie setu zaczęło się wydawać, że jednak nie jest tak dobrze, jak być powinno. Odniosłam wrażenie, jakby opadali z sił, tak naprawdę staczając się po równi pochyłej, a zaczęli tak dobrze. Jak się jednak okazało, TJCQ są jak tylko i wyłącznie aktem supportującym, znajdującym się na średniej półce wśród kapel otwierających koncerty.

Na szczęście Young Guns udało się zatrzeć drobny niesmak pozostawiony przez swoich poprzedników. Formacja pochodząca z High Wycombe staje się coraz bardziej popularna zarówno w Wielkiej Brytanii i jak na obszarze Europy kontynentalnej. Patrząc na ich energię, nie mam wątpliwości, że wkrótce i reszta świata również się w nich zakocha. Podczas ośmiu piosenek udało im się rozgrzać tłum dosłownie do czerwoności. Tak porywającego rocka nie powstydziłyby się żadne wielkie gwiazdy, które wyprzedają do ostatniego biletu koncerty na stadionach.

Jednym z głównych punktów występu Young Guns była piosenka “Weight Of The World". W większości przypadków, jeśli support chce, aby publiczność zaśpiewała z nim fragment tekstu, musi ją tego nauczyć. Jednak nie w tym. Wystarczyło, aby wokalista, Gustav Wood zwrócił mikrofon w stronę tłumu, a po całym klubie rozeszło się melancholijne “I don’t wanna know!" wykrzyczane z wielu płuc. Jest to jedynie jeden z przykładów, który ilustruje, jak bardzo Young Guns są kochani i jak bardzo na to zasługują. Na początku setu Wood powiedział, że ich zespół nie bez powodu jest głównym supprotem - mają za zadanie rozgrzać tłum i przygotować go do szaleństwa serwowanego przez gwiazdę wieczoru. Dotrzymali obietnicy.















Następnie na scenę weszli Enter Shikari. Rewolucjonizujący muzykę alternatywną poprzez sprytną mieszankę rocka, post-hardcore, electro i dubstepu w ciągu ostatnich kilku lat osiągnęli swego rodzaju kultowy status. Ich fani nie cieszą się tylko muzyką. Wydaje się, że zwłaszcza podczas koncertu kochają, oddychają i żyją Enter Shikari. Ten wieczór nie był inny. Każde słowo każdej piosenki było wyśpiewywane na całe płuca, każdy utwór wyskakany do granic wytrzymałości mięśni nóg. Otwierając set piosenkami z nowej płyty Enter Shikari w ciągu kilkunastu minut dorobili się więcej surferów tłumu, niż niejeden zespół w ciągu kilku występów. Zespół skaczący na scenie był tak samo pozytywnie nastawiony do zabawy, jak szalejąca pod ich nogami młodzież.

Energiczna atmosfera została podkręcona przez niesamowity pokaz świetlny. Scena, jako taka nie zawierała wielu atrybutów z wyjątkiem - właśnie - kilkudziesięciu lamp, w tym kilku podczepionych pod sufitem, odwróconych do góry nogami trójkątów - symbolu z ich najnowszej płyty “A Flash Flood of Colour". Każdy element koncertu został dobrze przemyślany, jednak całość w żaden sposób nie uderzyła mnie jako “wyćwiczona na pamięć i wymuszona".

Koncertowa setlista składała się w większości z nowych utworów. Jest to jak najbardziej korzystny aspekt, ponieważ najnowszy krążek zespołu spotkał się z pozytywnym przyjęciem zarówno ze strony fanów jak i krytyków. Jednak, gdyby zagrali trochę więcej starszych kawałków mogliby zadowolić tłum jeszcze bardziej. Zaskakujący był bis. Zespół zdecydował się na “Return To Energiser" - fakt, jest to bardzo dobra piosenka, jednak nie jest ona perełką, na którą warto czekać cały koncert. Zakończyli set swoim ostatnim singlem "Sssnakepit". Jest to dość logiczny wybór, zastanawia jednak, dlaczego nie zdecydowali się na “Sorry, You’re Not a Winner" - jednej z ich najbardziej znanych kompozycji, która nadal jest ich największym hitem i sukcesem. Być może po latach stała się już trochę banalna, jednak było wielką stratą nie mieć możliwości usłyszenia jej na żywo.

Na szczęście to tylko jeden minus koncertu. Enter Shikari są nadal tym innowacyjnym elektro-rockowym zespołem z jakże pochmurnych Wysp Brytyjskich. Wysoce zalecane jest, aby ich zobaczyć jak najszybciej i tyle razy, ile tylko możliwe.